W czerwcu, moze w lipcu zaczęło mi coś rosnąć na głowie. Niewielki guzek na potylicy, ktorym niezbyt się przejmowałem. W sierpniu troche jeszcze urósł i zacząl mi troche przeszkadzać w czesaniu sie grzebieniem. We wrzesniu zaczął mi przeszkadzać w spaniu na wznak. Stwierdziłem, że nasze drogi musza sie rozejść.
(dzień pierwszy)
Zarejstrowalem sie do dermatologa.

(dzień drugi)
Wstalem godzinę wcześniej i poszedłem do przychodni na pl.Katedralnym. Pani dermatolog - ktora zaczęła przyjmować 20 minut po czasie - obejrzała obiekt - nazywajac go włókniakiem - i stwierdziła że trzeba go usunąć ale nie może dać mi skierowania. Wizyta nie trwała dłużej niż 5 minut. Zarejestrowałem się do lekarza ogólnego.
(dzień trzeci)
Wstalem godzinę wcześniej i poszedłem do przychodni na pl.Katedralnym. Pani internistka obejrzała obiekt i stwierdziła że trzeba go usunąć. Dostałem skierowanie do chirurga. Wizyta nie trwała dłuzej 2 minuty. Zarejestrowałem sie do chirurga.
(dzień czwarty)
Wstalem godzinę wcześniej i poszedłem do przychodni na pl.Katedralnym. Pani chirurg - która zaczęła przyjmować 25 minut po czasie - obejrzała obiekt - nazywając go brodawczakiem - i zaczęła kręcić nosem że jest gorąco i będzie się źle goić i że trzeba poczekać do jesieni. Ja jednak nastawałem na zrobienie tego tam i wtedy. W rozmowie ujawniłem date powstania guzka na co pani kazała mi udać się do onkologa. Nieco zdenerwowany zacząłem naciskać na rozdzielenie mnie i mojego guzka nazywając całą sprawę po imieniu tzn. że pani chirurg nie chce sie mna zająć. Pani sie oburzyła i stwierdziła że udzieliła mi konsultacji i mam iść od onkologa. Wizyta nie trwała dłuzej 2 minuty. Pojechałem na plac Hirszfelda do przychodni onkologicznej.
(dzien czwarty ciag dalszy)
Odstałem w dusznym i ciemnym korytarzu przychodni czekając na rejestracje. O dziwo rejestracja odbywala sie w przestronnym widnym pomieszczeniu w ktorym pracowały dwa wentylatory. Niestety nie bylo już miejsc do chirurga a zarejestrowanie sie na nastepny dzien nie było możliwe. Rejestracji na następny dzień się nie prowadzi. Zirytowany zacząłem się domagac wyjaśnień co ja mam zrobić jeżeli ja pracuję i nie mam możliwości codziennie probować sie zarejestrować. Pani z okienka poradziła mi bym zapytał lekarza czy mnie jeszcze przyjmie. Poszedlem... zapytalem... Pan powiedział "nie" nawet nie patrząc na mnie. Straciłem panowanie nad sobą i coś krzyczałem ale chyba nic bardzo obraźliwego. Poszedlem do moich przyjaciół Krecika i Agnieszki trochę się opanować.
(dzień czwarty ciąg dalszy ciągu dalszego)
Po wysłuchaniu mojej opowieści Agnieszka zadzwoniła do Vity na Oławską i zarejestrowała mnie do chirurga. Poszedlem, zapłaciłem 35 złotych za wizytę, poczekałem 5 minut, pan mnie przyjął, wysłuchał, zapytał kiedy bym chciał usunąć guzka. Dzisiaj? A czy są jeszcze pacjenci? Nie ma? Dobrze, zrobimy to teraz. Pan wycenił znieczulenie na 40 a zabieg na 35 zlotych (a może odwrotnie?). Ja zaakceptowałem cene. No i na stół, zastrzyk, przygotowanie pola do zabiegu, chrzęst tkanki pod tnącym ją skalpelem, wilgotne ciepło na szyi. 20-30 minut i było po wszystkim. Podziekowałem, zapłaciłem i byłem w pracy nieco po dwunastej.


jak chodziłem od jednego lekarza do drugiego to zastanawiałem sie o co chodz... a teraz już jestem mądrzejszy... chodzi o 110 złotych.
acha, a odprowadzanie składek do kasy chorych to zwykłe złodziejstwo